Strona Główna








  AKTUALNOŚCI    WEJDŹ

  SZLAKI ROWEROWE  WEJDŹ

  GALERIE TEMATYCZNE WEJDŹ

  OD AUTORA  WEJDŹ
SZLAKI PIESZE  WEJDŹ

TURYSTYKA  KOLEJOWA  WEJDŹ

ARTYKUŁY WEJDŹ

Po torze linii Łuków - Lubartów

Odcinek Bystrzyca (94,4 km) - Rudnik (108,3 km)

- Kolonia Bystrzyca! Ktoś chciał wysiadać! - podniesiony, znajomy już głos kierowcy żółtego busa.
- To ja! - odkrzykuję.
Zaczynam się mozolnie przepychać do wyjścia. A ludzi masa, wszyscy ściśnięci. Mogę wyjść dopiero, gdy dwóch młodych chłopaków opuszcza busa.
- Do widzenia - mówię szybko do kierowcy już ruszającego pojazdu.
Odprowadzając wzrokiem "żółtka" napotykam wzrokiem na drogowskaz: "Stacja Kolejowa Bystrzyca 2 km".
- To tam jest mój cel. Jakieś 20 minut drogi - myślę.
Odwracam się i idę na wschód zostawiając za plecami ruchliwą i głośną szosę. Idę asfaltową drogą zwężoną do jednego pasa przez śnieg i błoto. Widzę rozrzucone w terenie budynki, a w oddali w dole Niemce. Poznaje po strzelistej wieży kościoła neogotyckiego. Na szczęście widzę zakręt. To moja nadzieja. Na coś nowego, wyjątkowego. Coś, czego jeszcze nie widziałem. Dlatego nogi same maszerują szybciej, szybciej. Chrzęst miażdżonego lodu coraz głośniejszy, a zakręt coraz bliżej. Już wchodzę w niego i... mam, co chciałem. Żywcem zdjęcie Kosmali(1). To zniszczona wieża ciśnień, a na lewo od niej budynek dworca. Przed nim owalna pętla. Wyjeżdżona, czyli nie zapomniano jednak o tej stacji. Wieża - ta przypomina basztę, która wytrzymała długie oblężenie. Wykonała swoje zadanie i została opuszczona. I zabezpieczona tak skutecznie, że nawet palca do środka się nie wetknie. Wzrok też nie przejdzie i zatrzymuje się na na tych potężnych dechach. One chronią i bronią budynek przed ciekawskimi. Pozostaje tylko podziwiać wiekowe mury. Nadgryzione zębem czasu mocno się trzymają. Wyszczerbiony tynk pokazujący czerwoną cegłę i puste, niewielkie okienka mają być tego dowodem.
Dworzec. Witają otwarte drzwi. Staropolska gościnność?? I staropolska wdzięczność?! Powybijane szyby i trzymające się na jednym zawiasie okno. Zawisłe na skos. I gdzieniegdzie płaty tynku na ścianach. A wewnątrz zniszczony piec kaflowy, od którego teraz wieje chłodem. Śmiecie wypełniły kosz i rozłożyły się również wokół niego. Gruz oraz podniszczony ornament mówią, że lata świetności budynek ma za sobą. Nawet zegar przestał odmierzać czas. Ponury nastrój. Szybko wychodzę na zewnętrz. Peron wyspowy, na którym jest masa śladów. Ktoś tu jednak zagląda. Dziwne, bo wydaje się, że ukradziono wszystko co się tylko dało. Po śladach schodzę z peronu. Robię parę kroków i... zając spod buta ucieka. Kilka susów i skrył się za rampą.
- To dlatego kolej jest proekologiczna - stwierdzam po cichu.
Bo czy ktoś widział śpiącego na szosie szaraka? Tory są ekologiczne, a zwłaszcza te rzadko dźwigające pociągi. Chodzę po nich chwilę i postanawiam ruszać w drogę. Rzut oka na poznany budynek. Z daleka dworzec też nie za bardzo, choć lepiej. Na południe. Przemierzam peron, a za nim podążam fajną ścieżką, dość szeroką i wychodzoną. Bardzo szybko jestem już przy semaforze. Rzadki to widok - biało czerwony lizak. Ukryty za słupem chroni się przed wiatrem? Praktycznie wszędzie to tylko ślepia mrugają. Najczęściej czerwone. Tu przestarzała, ślepa, acz ruchoma ich odmiana. Zaraz pojawia się nastawnia. Raczej to, co z niej zostało, a widok to dość charakterystyczny na PKP. Nagie mury, wyrwane wszystko, co miało jakąś wartość. I tu kupa gruzu oprószona śniegiem, rozbita szafka, sterczący mechanizm służący do obsługi semaforów. Ciekawy jestem, kto był jego oprawcą? Miejscowa ludność? Kolejarze? Komu były potrzebne futryny z okien? Pytania, pytania, pytania... Pozostaje ominąć budynek. Przejście przez niego także jest możliwe. Po lewej schodzące się tory, a dalej jakieś zawory. Zapewne tu są rozładowywane cysterny oglądane czasami w Lublinie z okna "Wisłoka"2. Potem koziołek, ostatni rozjazd i... pierwsze spotkanie szyn i asfaltu. Zostałem przy szynach. Tup, tup, tup, tup - buty przez śnieg uderzają o podkłady. Mimowolnie oczy także skupiają całą uwagę na przestrzeni między szynami. Co jakiś czas tylko patrzą przed siebie. Krok długi (na dwa podkłady), krok krótki (na jeden). Na torze towarzyszą mi ślady czterech ludzkich stóp. Jedne duże, jedne małe. Niedzielny spacerek tatusia z synkiem? Ślady świeże - po co komu łazić po linii kolejowej? W dodatku w zimie. Wokół pola pod skryte pod białą kołdrą ze śniegu, "nic wartego zatrzymania oczu". Dopiero po chwili dołączają pojawiają się zmarznięte, zielone krzewy. Napotykam mostek. Pod nim nie ma rzeki, ale widać była. Po niewielkim zagłębieniu, jakby korycie. Oblodzone podkłady, na nich brak znanych z innych mostów metalowych płacht. Widać jedynie miejsca po mocowaniach. Powolutku schodzę w dół. Z dołu dobrze widać, że kiedyś ta linia składała się z dwóch torów szlakowych. Nasyp spokojnie by je pomieścił. Z tym, że teraz to jeden wydaje się zbytkiem. "Infrastruktura" kolejowa chce go rozebrać. Po co komu jeden tor na 110 km długi? Tylko co na to wyrastające spod kamieni rośliny. Z tą myślą z powrotem na nasyp - kilka kroków i... leżę. Z powrotem w dół po mokrym śniegu. Jazda za darmo. Podnoszę się. Zimno i mokro, aparat w śniegu. Wtargnąć na tor - to mój cel! Powolutku, delikatnie - tak, aby mnie "lód nie podszedł" zdobywam metr po metrze niewysoki nasyp. Po wejściu raźno naprzód. Tak wspaniałej pogody dziś nie było - nawet jest słońce! Chwilami jak reflektor oświetla moją drogę. I tor biegnący na wprost po horyzont. Do horyzontu! Tup, tup, tup, tup... Z lewej i z prawej krzaki, dalej monotonne białe pola wznoszące się leniwie wyżej i wyżej. Po kilkuset metrach odwracam się i... widzę jak powoli nadchodzi burza śnieżna. Znika Bystrzyca, przejazd. I mostek już pożarty. Otaczają przed minutą mijane krzaki. Kilka sekund płatki śniegu zdobywały zostawione za plecami okolice. Dogoniły mnie. Zaraz zostałem opleciony całą masą białych punkcików pędzonych w szaleńczym tempie przez bezlitosne wiatrzysko. Tysiące ich oplatają mijane właśnie domy. Jak do lampy chrabąszcze biegną do drzew. To także mój jedyny cel - dojść do wcięcia się torów w las. Raczej kępę kilkunastu drzew. Co to za las? Ale tam czekała na mnie chociaż niewielka osłona przed białą szarańczą. Będąc w bezpiecznym miejscu zbadam swoje położenie. Upewniam się, że Leonów już minąłem i wracam na szlak. Krótka chwila i śnieg popędził dalej na wschód. Szybko oddał otaczające krajobrazy. Jest łatwiej, choć teraz już całkowicie samotnie. Opuściły mnie cudze ślady. Przegrały z zawieruchą? Między szynami tylko gdzieniegdzie roślinki wyglądają. Zanim się spostrzegłem po lewej stronie pojawia się cywilizacja - poniżej mnie kilkadziesiąt budynków Ludwinowa. Po prawej - poznana kilka godzin temu szosa. Na dole - zarośnięty przejazd pod coraz wyższym nasypem. Wóz z sianem by się nie zmieścił, ale pusty nie miałby problemu. Ale i tak nie jest wykorzystywany - wokół przejazdu zadomowiły się chaszcze. Z przodu - zakręt. Za nim się wyłania przystanek kolejowy Ciecierzyn. Górujący nad miejscowością o XV wiecznym rodowodzie, niczym władca nad nią. Samotny, zapomniany władca. Jakby obalony. Tylko pełno roślin, a zero śladów ludzkich. Nastąpiło całkowite wyzwolenie od żelaznego króla podróży. Nikt go nawet nie odwiedza. Stał się królestwem krzaków. Tylko zając popędził spod szyny do wioski. Kolejny szarak, którego budzę z letargu. Czuje się jak płochacz. Peronem nie używany, ale o ładnych parę centymetrów mniej ośnieżony. Po przejściu kilku kilometrów dla nóg to jest różnica. Po nim w stronę schodów. Te są bardzo wysokie, bardzo strome i bardzo płytkie. Pokonałem ich kilka i zaraz wracam. Są śliskie. Pełne śniegu. Trudno postawić nogę. To dlatego tak mało osób korzystało z tego przystanku. Te strome i śliskie schody. Wyzwanie. Wyzwaniem jest jazda pociągiem z Ciecierzyna! W dodatku na dole pies. Niby nie straszny, ale on jest u siebie. Pokonać schody, pokonać psa i wejść do pociągu. Ilu byłoby na tyle odważnych? Schody i pies pokonały kolej w Ciecierzynie!!! No tak, ale jak opuścić ten przystanek. Nie schodami to mostem? Przejść nad bardzo urokliwą rzeką Ciemięgą. Obserwacja okolicy, szukanie sokisty :) i choć chronią mnie z obu stron barierki to z duszą na ramieniu zatrzymując się co chwila i patrząc na płynącą leniwie pośród lodu ładnych kilka metrów pode mną rzeczkę zdobywam teren krok po kroczku, powolutku - jeden podkład, drugi, dziesiąty i... ostatni! Potem jeszcze rzut oka na niegroźny już most, Stoi też budynek kolejowy. Nieco podobny do tego w Bystrzycy. Podobnie długo nie remontowany. Potem zakrętem. Za nim do przodu. Zadzierając głowę do góry - wszak ja jestem ponad. W dole domki, drogi, ludzie. Jedynie drzewa są wyżej. Więc triumf natury nad człowiekiem. I jego wytworem. Te jeżdżące na gumach w wielkich ilościach pojazdy są dalej i dalej. One mogą, a pociągi nie... Szczęście. Giną za wzgórzem. Cisza, śnieg i... znów samochód. Jest następna droga. Podsuwa się do mnie po nasypie. Dość szybko go osiąga. Już ją depcze. Szeroka, na jeden samochód. Lub dwa rowery. Takie jak pędzący z naprzeciwka. Stary, pordzewiały składak. Wigry 3? Czterdziestolatek go dosiadający przeszywa wzrokiem nieznajomego z aparatem fotograficznym. Przejechał i tyle. Teraz wąwozy. Pierwszy jest szeroki, o niskich i ledwie idących w górę ścianach. Po lewej pojedyncze, rozrzucone domy miejscowości Łagiewniki. Tylko pozazdrościć takiego miejsca do mieszkania. Wzgórza wokół, a wewnątrz domy oraz dolina Ciemięgi. Okolica prawie jak w górach. Przechodzę jakąś wieś, która oplata tor. Dalej głęboki wąwóz. Dodatkowo otoczony lasem. Chciałoby się w las, ale ten czas. Zawsze jest go za mało na poznawanie!!! Jeszcze godzina i ciemno. Oooo, po lewej na dnie kotliny wiejska chałupa. Pustelnia wymarzona. I otoczona zewsząd drzewami i malowniczymi wzgórzami. Ale nie - zaraz znowu budynki. Czy są jeszcze miejsca na pustelnie?
Koniec nasypu. Teraz tor z nasypu wrzyna się we wzgórze. Teraz ja na dole, okrzaczonym i gdzieniegdzie odrzewionym. Aby coś zobaczyć trzeba znów się wdrapywać, miejscami brnąc po kolana w mokrym śniegu. Przecierać ścieżki. Warto było, bo za brzegiem rynny walka słońca z chmurami. Najważniejsze jednak jak najszybciej przejść ten odcinek. Choć wiatr nie dmucha, i nawet jest przytulnie trochę. Jednak taki mały, otoczony. Ja i tor. Bardzo przydatna w osiągnięciu celu jest ścieżka .Szeroka na tyle, aby spokojnie iść i nie zaczepiać brzegów małej rynienki w wielkiej. Omija też malutkie mostki. Wcale nie zachęca do powrotu na podkłady. Taka ścieżka komfortowego ruchu. Jak na tą okoliczność.
Radość. Wypadam z osaczenia. Wita mnie ochrona przeciwśnieżna szlaku szynowego. W odległości kilkunastu metrów od toru częściowo powalona. I strasznie dziurawa. Drewno w stanie przedzawałowym. Przegniłe szczeble trzymają się chyba siłą przyzwyczajenia. Ile to już lat na służbie? Ile jeszcze przed nimi... Zostawiam drewnianych stróżów podobnych do pijaków. Ciasny łuk. Teraz niepewnie i niewygodnie. Ścieżka poszła do przystanku autobusowego. Na torze zrzuca na prawo. Na szynę, na głęboki śnieg. Nic to, bo pojawia się rozgoryczenie. Rudnik Przystanek. Znajomy niewielki, bladożółty budynek, znajomy peron, znajomy żółty szlak, ośnieżone dorodne topole, stromy wał opleciony masą pędów z prawej strony. Koniec. Powrót do znajomego świata. Niechciany, nieuchronny.
Rafał Jasiński
P.S. Na przystanku autobusowym przysiadł się emerytowany nauczyciel. Po kilku zdaniach zadał pytanie.
- Co pan tu robi? - pyta jegomość w okularach.
- Jestem na wycieczce.
- A jeździj pan, póki Belka zniżek nie utnie. Wtedy się skończy...
Doprawdy?

1 Na stronie www.pzlublin.pkp.pl w dziale galeria jest zdjęcie z Bystrzycy wieży ciśnień ww. pana Marka Kosmali.
2 Pociąg pospieszny relacji Chełm - Rzeszów.