Strona Główna



O wąwozie, proboszczu i cmentarnych śmieciach...


     Klementowice to miejsce o malowniczej scenerii, gdzie wśród lekkich wzniesień wije się niepozorna rzeczka granicząca z gospodarstwami i polami uprawnymi na przemian. Wioskę tą kiedyś upodobali sobie Julian Ursyn Niemcewicz i Ignacy Potocki, którzy - jak przystało na godziwych obywateli - dbali o dobry wizerunek wsi. Nad tą polską wsią wznoszą się dwie wieże neogotyckiego kościółka, nieodparcie kojarzącego się z racji swego położenia, z klasztorem jasnogórskim. Kościółek z oddali zachęca wyniosłością swych wież do nawiedzenia świątyni. Nie opodal przybytku pańskiego rosną prastare drzewa: jasion oraz buk, dumnie i wytrwale strzegące ponad stuletniej plebani. Za kościołem ciągnie się atrybut lubelskiej przyrody - piękny, lessowy wąwóz, jeden z nielicznych na terenie tejże parafii.

Pomysł byłego księdza proboszcza

    Myliłby się ten, kto sądzi, iż atrybut ów był przedmiotem dumy czy zachwytu miejscowych. Wąwóz bowiem tonął w śmieciach. Niefortunne położenie wąwozu (koło cmentarza), spowodowało, iż opracowany został dla niego oryginalny plan zagospodarowania przestrzennego – jak powiedzieliby fachowcy. Oto miejscowy proboszcz, swoiście pojmujący Boży nakaz „czynienia sobie ziemi poddaną” zadecydował, iż nie może marnować się taki kawał ziemi tuż koło cmentarza, gdy tymczasem parafianie odwiedzający swych zmarłych nie mają gdzie parkować aut. Wydał zatem polecenie aby wąwóz ów zasypać odpadami z cmentarza, a potem nawiezie się na to ziemi, wyrówna i parking gotowy. Proste, a jakie praktyczne, bo i na wywożeniu odpadów się zaoszczędzi, parking się powiększy, a i szpara w ziemi nie będzie szpecić okolicy. Parafianie bardzo na serio wzięli sobie do serca wezwanie proboszcza i wąwóz począł się napełniać czym tylko kto miał, a co nie było już potrzebne. Owocem tej wytężonej pracy było „skrócenie” wąwozu w najpłytszym jego miejscu o około 10-12 m.


Pomysł obecnego księdza proboszcza

    Szczęściem jednak w lubelskich parafiach rotacja księży zachodzi dość często, zatem w końcu nastał nowy proboszcz, zdecydowanie bardziej wrażliwy. Ten, chwalić Pana, nie podzielał dalekosiężnych planów byłego i przerażony zasypywaniem i niszczeniem pięknego wąwozu zdecydował go wysprzątać. Świadom jednak, iż trzeba do tego wielu ludzi, a parafianie już nie są tak skorzy do sprzątania jak do śmiecenia – poszukał sojuszników. Znalazł ich w osobach członków Koła Naukowego Studentów Ochrony Środowiska KUL.

    Kiedy przyjechaliśmy pierwszy raz do Klementowic zachwycił nas różnorodny i malowniczy krajobraz. Uczucie to jednak wkrótce ustąpiło miejsca uczuciu niesmaku i odrazy kiedy weszliśmy w wąwóz. Po jego oglądnięciu chciałoby się powiedzie sobie: „a myślałem, że wszystko już widziałem”. Ustaliliśmy z proboszczem, iż wspólnie wysprzątamy wąwóz. Zdecydowaliśmy, że dobrym terminem będzie sobota tuż po Dniu Ziemi, kiedy to cała niemal Polska sprząta to co w ciągu roku naśmieciła.

Sprzątanie

    Sobotni ranek 24 kwietnia nie zapowiadał się pogodnie. Istniały poważne obawy, że zacznie padać, mimo to jednak punktualnie o ósmej czternastu aktywistów z KNSOŚ KUL zjawiło się w głównej hali dworca PKS w Lublinie. Dzięki „handlowym” zdolnościom prezesa Koła, bus podwiózł nas do samych Klementowic. Na miejscu spotkało nas miłe zaskoczenie - miejscowi już sprzątają. Nie sprawdziły się zatem czarne prognozy proboszcza, iż możemy być osamotnieni w walce ze śmieciami. Miejscowi sprzątają po swojemu, czyli, zgrabić i podpalić, będzie mniej wynoszenia. I nic sobie nie robią z duszącego dymu palonych plastików. Nie wiem czy jednak ten żrący dym, czy może nasze uczone wywody na temat składu chemicznego owego dymu, skłaniają ich w końcu do zaniechania tego procederu. Szybko organizujemy się w grupy zadaniowe. Ci najniżej, w wąwozie, zbierają odpady do koszy i skrzynek, kolejna grupa transportuje do przyczep, a na przyczepach „ugniatacze” kończą proces. Pracując intensywnie mamy okazję doświadczyć uczucia „odkrywców”. Tych z nas, którzy brali już udział w akcjach sprzątania rzeki Bystrzycy, gdzie wyławialiśmy: lodówki, koła, padlinę i masę innych wytworów cywilizacji, wydaje się niewiele jest już w stanie zaskoczyć. Mimo to jednak za grzech lekki przynajmniej poczytujemy to, że ktoś wyrzucił do wąwozu Rycerza Niepokalanej nr z listopada 1949 czy opasłe tomisko „Kościoły zabytkowe Poznania” A.D. 1952. Przeważają odpady z cmentarza, plastikowe wieńce, znicze i kwiaty, a nawet tablice nagrobne, krzyże lastrykowe i metalowe elementy, jak domniemujemy z drzewca chorągwi. Ale można też znaleźć takie „perełki” jak torba zużytych pampersów. Słowem – jak w dobrze zaopatrzonym supermarkecie. W rażącym kontraście z „zawartością” wąwozu jest stojący obok wysprzątany, wybielony, jakby nie używany, śmietnik.  Akcję kończymy przed wieczorem. W jej efekcie w wąwozie pozostała tylko jedna pryzma odpadów cmentarnych, której już nie zdołaliśmy pokonać. Wracamy do Lublina z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku choć i z pewnym lękiem, czy aby kierowca busa nie wyrzuci nas zeń, bo cuchniemy jak kloszardzi.  

    Sprzątając czyjeś brudy, i to w takiej ilości, nie sposób nie snuć refleksji. Powiadają często politycy, „nikt za nas naszych śmieci nie posprząta”, w tym przypadku grupa młodych ludzi zadała kłam temu powiedzeniu, czego jednak nie należy interpretować tak, że miejscowi nadal będą śmiecić, a jacyś młodzi idealiści przyjadą z miasta i posprzątają. Akcja taka uzmysławia dobitnie wiele bolących problemów. Naprzód to, że wielka, ale to wielka jest rola duchownych w kształtowaniu postaw proekologicznych na wsi. A ci są tacy jak na przysłowiowym załączonym obrazku widać. Są jak ów były proboszcz, mający swój własny pomysł na urządzenie świata wokół, którego nie razi widok rozkładających się śmieci. A są na szczęście i tacy jak obecny proboszcz, ksiądz Marek Hawrylak, wrażliwi i co ważniejsze nie poprzestający na mowie i biadoleniu, ale szukający wyjścia i rozwiązań. I oby takich było jak najwięcej. 

    Dla studentów ochrony środowiska akcja taka miała wybitny walor uświadamiający i praktyczny. Studia, a zwłaszcza studia ochrony środowiska, to bowiem nie tylko nauka, a jeśli nawet nauka, to taka, która nauczy rozwiązywać czy zapobiegać tego typu problemom.

    A czy akcja nauczyła czegoś miejscowych, tych, którzy z racji tego, że tutaj właśnie żyją i mieszkają winni chyba najbardziej dbać o czystość swojego otoczenia ? Zapowiedź proboszcza, iż ogrodzi wąwóz trzymetrową siatką każe nam w to wątpić.

Krzysztof Wojciechowski e-mail
Wioletta Wawer e-mail
Źródło: OIKOS. Ekologia i Współdziałanie 2/2004